piątek, 11 lutego 2011

Jak to zatytułować? "Marzenia się spełniają?"


Dwa lata temu (!) pisałam o kościele w podwrocławskim Trestnie, że jest rewelacyjny, ale to i owo ma niestety zniszczone. Nie można go było nazwać zaniedbanym.
Jest to miejsce, do którego zawsze chętnie wracam i jest na samej górze listy miejsc "moich", z niewyjaśnionych powodów, bo formalnie/zdroworozsądkowo nie mam z tym obiektem żadnych układów. Jak jednak widać to tylko pozory.

Podjeżdżam, a tu zegar naprawiony! Zegar, zatrzymany na dziesięć po dziesiątej przez całe moje dzieciństwo i cały czas potem, obiekt moich marzeń, by się tam wdrapać i zajrzeć do zapajęczynionego mechanizmu, że nie wspomnę o wyobrażaniu sobie potwornego zgrzytu klucza przy pierwszej próbie nakręcania (raczej się go nie nakręca:). Jako dziewczyneczka wyobrażałam sobie, że wyjeżdżam w daleki świat, robię tam fortunę na kształt Heleny Rubinstein, potem wracam tylko po to, by sypnąć kasą swoją i moich majętnych przyjaciół na remont zegara. Po czym wracam za granicę cała we łzach, z setkami zdjęć tego wyremontowanego kościoła, by spędzić resztę życia w bujanym fotelu z jakimś egzotycznym widokiem i ze świadomością, że już nigdy nie zobaczę ukochanego Trestna. (Można bić brawo.)



Na szczęście dramatyczny scenariusz się nie spełnił, zegar sobie normalnie chodzi i pokazuje godziny, ja nie muszę szlochać w tych niewygodnych szpilkach. Zapytacie być może, jak to jest, gdy marzenie całego życia się spełnia. Otóż całkiem normalnie. Sprawa mocno przereklamowana. No chodzi i już, i bardzo dobrze.:)

Pojawiły się też inne nowe elementy; np. denkmal.
Odnaleziony, odszorowany i wyeksponowany.






Patrzę długo na nazwiska, nazwiska, nazwiska... Pierwsza wojna nie przeszła obok tej miejscowości.
I co mnie najbardziej cieszy w kwestii tego pomnika:


ZAWSZE. Świeże znicze, i na cmentarzu dawnych mieszkańców też.



...i jest jeszcze - całkiem nowy - odrestaurowany zegar słoneczny. I on, i kościół opatrzony szczodrym opisem, ale światło się odbijało od tablic i nic się nie udało sfotografować... Następnym razem!



Światło w zamkniętym budynku wywołało lawinę dobijania się. Myśl, że zaraz z kimś o tym wszystkim pogadam. Najwyraźniej jednak po prostu zapomnieli zgasić światło, co w pewien miły sposób świadczy o tym, że to miejsce na szczęście żyje.


I wyjazd z Trestna przez chaszcze.
W tą  niedzielę nie, bo jestem już z kimś umówiona u siebie, ale w następną wybieram się tam, by zobaczyć, jak jest w środku i przede wszystkim porozmawiać.







Nie wszystkie kościoły miały tyle szcęścia. Zapraszam na niesamowity film,  bijący na głowę słynną "Katedrę" Bagińskiego:))))))

4 komentarze:

Bo pisze...

moze byla gdzies jeszcze inna dziewczynka (lub chlopiec) ktora patrzyla na ten zegar tak jak Ty..i po wielu wielu latach tchnela w niego znowu zycie

uwielbiam takie miejsca

JAGODZIANKA pisze...

Swego czasu codziennie przejeżdżałam przez Trestno i bardzo lubiłam tę trasę. Spotykałam codziennie leśną zwierzynę, bażanty przefruwały przed naszym samochodem. Odkąd jest budowa, zmieniliśmy trasę... Ale tęsknię...

Pozdrawiam, Jagodzianka.

Sara pisze...

Bażanty zimą przylatują aż na ogród moich rodziców... W pobliskim lasku są sarny, zeszłej zimy jedna wyskoczyła ok. 20 m obok mnie. Mama widziała też na ogrodzie lisy pewnej mroźnej zimy, jak zdawały się prosić i jedzenie, i rzuciła im kiełbasę... Chodzą słuchy o bobrach, ale nie mam tu pewności. Za to jest na pewno mnóstwo czapli...

Macie rację, dziewczyny, w tym kościele i okolicy jest coś, co przyciąga ludzi. Stawiam na jego bosko prostą formę plus niewielkie zniszczenia wojenne. I wkład księży, którzy obcykali parafian z historią tego miejsca i najwyraźniej dbają o tzw. pamięć. Zamierzam dowiedzieć się za tydzień, jak to tam jest.

Małe uściślenie - ja wiem, jak wygląda w środku, bo raz tam byłam. Ale dawno i nic nie pamiętam. Niestety kościół jest do wglądu prawie tylko podczas niedzielnych mszy. Co zamierzam w przyszłym tygodniu wykorzystać:)))

Kolega wszedł kiedyś do środka po powodzi w 1997 - bez problemu przez wyrwane drzwi. Opowiadał, że zniszczenia były duże, szlam po kostki, roztrzaskane ławki. Od tej pory to wnętrze czasem mi się śni, zarośnięte przez pokrzywy do pasa...:) pewnie dlatego, że w dzieciństwie przedzierałam się często przez pokrzywy, by dotrzeć do innych poniemieckich cudów.

JAGODZIANKA pisze...

Mąż również potwierdza, ze są bobry...

Pozdrawiam, Jagodzianka.