Trzeba było zwinąć wystawę z Muzeum Etnograficznego. Dzięki pomocy pań z muzeum trwało to 20 minut - otwarte gabloty, przełożenie śpiewników do walizeczki, owinięcie innych artefaktów w gazetę, zjedzenie części kulinarnej wystawy (było pełno ciasteczek i cukierków:), zabezpieczenie kleju na zdjęciach i złożenie zdjęć...
W domu u rodziców: rozpakowywanie rzeczy z gazet i segregowanie, co komu zwrócić, i ponowne pakowanie... większość była moja i rodziców. No i umyć po kulinariach. Teraz czeka mnie kilka miłych spotkań w związku z oddawaniem tych przedmiotów. Czyli że i warto było:))
Poza tym Odra zamarzła...
Poza tym będę prowadzić
takie o zajęcia w pięknej sali z podgrzewaną podłogą ;D
To czerwone, pokazowe i bezpłatne pośrodku to ja:) Może zechcecie mi powierzyć swe dziatki? :>
Poza tym nieletko jest, jak Babcia zapada na ostrą demencję z dnia na dzień i widzi w tobie Rachelkę ("Rachelko, nie wiedziałam, że ci się jednak udało! Nie, niczego nie opowiadaj... ślicznie wyglądasz!") Udało mi się nie rozpłakać, udało mi się nie wejść w rolę Rachelki - proszę o oklaski.
Poza tym firmę trza założyć, podręcznik napisać...
...a w sobotę mili goście...
fajnie, fajnie
póki my żyjemy
Macham Wam serdecznie :*