sobota, 14 kwietnia 2012

Wielki powrót ;-)

Dziś, w drugą Wielkanoc, zanim wybędę na ostatni tramwaj, by dołączyć do moich wschodniejszych w obrządku przyjaciół, chciałam się z Wami ponownie przywitać. Chyba za bardzo wciągnął mnie real:), ale już wracam do normy:)
 




środa, 8 lutego 2012

Newsy


Trzeba było zwinąć wystawę z Muzeum Etnograficznego. Dzięki pomocy pań z muzeum trwało to 20 minut - otwarte gabloty, przełożenie śpiewników do walizeczki, owinięcie innych artefaktów w gazetę, zjedzenie części kulinarnej wystawy (było pełno ciasteczek i cukierków:), zabezpieczenie kleju na zdjęciach i złożenie zdjęć...
W domu u rodziców: rozpakowywanie rzeczy z gazet i segregowanie, co komu zwrócić, i ponowne pakowanie... większość była moja i rodziców. No i umyć po kulinariach. Teraz czeka mnie kilka miłych spotkań w związku z oddawaniem tych przedmiotów. Czyli że i warto było:))





Poza tym Odra zamarzła...


Poza tym będę prowadzić takie o zajęcia w pięknej sali z podgrzewaną podłogą ;D
To czerwone, pokazowe i bezpłatne pośrodku to ja:) Może zechcecie mi powierzyć swe dziatki? :>



Poza tym nieletko jest, jak Babcia zapada na ostrą demencję z dnia na dzień i widzi w tobie Rachelkę ("Rachelko, nie wiedziałam, że ci się jednak udało! Nie, niczego nie opowiadaj... ślicznie wyglądasz!") Udało mi się nie rozpłakać, udało mi się nie wejść w rolę Rachelki - proszę o oklaski.

Poza tym firmę trza założyć, podręcznik napisać...

...a w sobotę mili goście...
fajnie, fajnie
póki my żyjemy

Macham Wam serdecznie :*

środa, 18 stycznia 2012

Drugi Nowy Rok

W juliański Nowy Rok był plan podświetlania globusa w odpowiedni sposób lampką, by zobrazować przesuwające się strefy czasowe, co miało ilustrować kolejne fazy naszego świętowania poczynając od Kazachstanu. Niestety globusa ostatecznie nie było. Strona organizacyjna wymykała się ciągle spod kontroli, co nie znaczy, że było coś nie tak. Z mojej strony wyglądało to na kompletne szaleństwo w doborowym towarzystwie, z najprzedniejszym winem, jakie piłam w życiu, w cudnym mieście i przemiłym domu. Ciekawe, jak ze strony gospodarzy.
A oto nasz wkład:
1) składniki śledzia pod szubą:


2) fazy śledzia pod szubą:


3) śledź pod szubą prawie gotowy:


4) bliny:

5) gdzie się podziały dwa słoiczki kawioru:

No i niestety to koniec okresu świątecznego. Świętowaliśmy tak, że prawie mi się udało namówić część towarzystwa na oglądanie "Rosyjskiej Arki". Wyjść na Rynek o dwunastej i wrzeszczeć nie dało rady, bo za zimno. Następnym razem we Wrocławiu.

niedziela, 8 stycznia 2012

Migawki

Zimowy okres świąteczny, jeszcze dla nas nie zakończony (ale już schyłkowy) w migawkach:) 
 Wigilia u moich rodziców, bo przeziębiłam się dość niemiło tuż przed i nic, ale to kompletnie nic nie chciało mi się robić. W miarę możliwości leżałam i czytałam Muminki. Nie miałam więc żadnych rekwizytów. A tam była kutia...




Boże Narodzenie. Wiało i wizgało po całym Rynku. Wyszedłszy z nabo błąkałam się po ścisłym centrum w zacinającej w twarz mżawce w poszukiwaniu jakiejś knajpki, która by się zdecydowała jednak otworzyć. Była wreszcie jedna, nowa dla mnie, gdzie zastałam bardzo miłą atmosferę długiego, piżamowego, świątecznego poranka. Trzeba było się zagrzać.


potem:



Nowy Rok niespodziewanie spędziliśmy w Prusicach za Trzebnicą, w nowo nabytym, chałupowym domu znajomych, pełnym drobiazgów przedwojennych gospodarzy. Entuzjastyczne obczajanie nowego terenu zbiegło się z opowieścią o tym, jak dawniejsi prusiczanie uciekali przed frontem nie do Trzebnicy, jak inne wioski, tylko do lasu i wszyscy, ale to wszyscy tam zamarzli.









Teraz czekamy jeszcze dość niecierpliwie i wesoło na drugi Nowy Rok, a potem już będzie szlus.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Po koncercie i tym wszystkim

...jestem tak zmęczona, że siedzę na bloggerze:) A w głowie rządzi mi TO:

czwartek, 8 grudnia 2011

Wieści z frontu

Kiedy dobrnęłam do muzeum, poprzednia wystawa była jeszcze demontowana (ale na drzwiach już wisi nasz śliczny plakacik), więc poszłam sobie gdzieś na czterdzieści minut.


Okolice te są zagłębiem second handów, posegregowanych według krajów, w niektórych są też książki i prawdziwa wełna w motkach - ale niczego tym razem nie znalazłam.


Po powrocie porozmawiałam długo i ciekawie z panią kustosz, dostałam lekarstwo na grypę i wszystkie akcesoria sobie w spokoju i równiutko porozkładałam. Panie umyły dla mnie gabloty i sobie poszły. Rozejrzałam się i dopadła mnie kompletna załamka.




Obrusy haftowane przez moją prababcię mają robić tło; tu walają się tymczasowo po ziemi.



Powoli zaczęły jednak wypływać jakieś aranżacje i nastąpił bardzo miły moment, w którym stało się jasne, że to da się ułożyć. Tylko trzeba donieść różne drobiazgi. 








 Potem zgasiłam światło. Przyjdę jutro.