środa, 11 listopada 2009

Co robić z dzieckiem


Niedzieciaci często nie zdają sobie sprawy, że zajmowanie się dziećmi jest ciężką fizyczną pracą (ciężar polega moim zdaniem głównie na wykonywaniu niewinnych niby ćwiczeń: przenoszeniu różnych przedmiotów na małe odległości, kucaniu/wstawaniu i podnoszeniu niewielkich ciężarów przez wiele godzin pod rząd), jak i umysłową (uwaga cały czas - nie przesadzam - skupiona, coś jakby siedzenie przed komputerem z pełnym skupieniem się nad tekstem przez wiele godzin).
Czy jest w tych ćwiczeniach przerwa, można by zapytać. Tak, gdy dziecko śpi. Zagospodarowanie sobie tego czasu zależy od naprawdę wielu czynników.

Takie coś zdaje się trwać - jak wynika z mojego doświadczenia i prywatnych sondaży - aż dziecko skończy mniej więcej 2 lata. Potem jest lepiej, bo dłużej zajmuje się samo sobą, zaczyna potrzebować prywatności i rozumie pewne niebezpieczeństwa.

Pół biedy, jeśli nie zdają sobie z tego sprawy niedzieciaci; gorzej, gdy jest to ojciec dziecka. Motyw ten powtarza się dość często w rozmowach z mamami. Słynne "przecież cały dzień tylko się z nim/nią/nimi bawisz".

Z drugiej strony obserwuję coraz większy udział panów w zajmowaniu się własnym dzieckiem - we Wrocławiu normalnym, choć dość jednak nowym widokiem stali się ojcowie z wózkami, zaglądający do nich z troską, nie wstydzący się okazywać publicznie czułości niemowlęciu, wybierający sukienkę małej córce czy (co mnie szczególnie rozbraja) rozmawiający z innym "samotnym", przygodnie poznanym ojcem o dzieciach. Coś niby zarezerwowanego do tej pory dla kobiet.

Jak z tym jest na Waszych terenach? Wpisujcie miasta! ;)

"Wysokie obcasy" zaprezentowały kiedyś super fotoreportaż o ojcach zajmujących się dziećmi. Polecam zwłaszcza krótkie komentarze bohaterów zdjęć. Prawie każdy mówi o ogromnym wysiłku fizycznym, a przecież mają lepszą kondycję czy więcej siły, czy jak to nazwać, niż przeciętna kobieta.

Piszę o tym wszystkim nie bez powodu - pewnie niebawem poproszę Was o pomoc w pewnym projekcie. Projekt śmiały ów, bardzo personalny i bardzo breslauerski, zajmuje od dłuższego czasu wiele moich myśli, a ostatnio przybiera niebezpiecznie realne formy. Pomoc miałaby polegać na podzieleniu się pewnymi wspomnieniami z dzieciństwa:)

Póki co pomyślałam sobie, że podzielę się z innymi rodzicami pomysłami z serii "co robić z dzieckiem". Oto kilka akcji:

AKCJA ŚNIADANIE - śniadanie czasem może wyglądać tak. Tu w jednej z wrocławskich cukierni, uważanej przez wielu za najlepszą:) A ceny bynajmniej nie odbiegają.



AKCJA "PIĘĆ KILO PAPIERU Z NISZCZARKI". Wywalone na podłogę, zbiera się z powrotem kilkoma ruchami. Efekt jakby piłeczek na placach zabaw, tylko że miło grzeje - można w tym spać.


AKCJA "RENOWACJA MEBLI" - tu: własnego krzesła i stolika (pozdrawiamy ciepło pierwsze właścicielki:)


AKCJA "PURCHAWKA". Purchawki zostały zebrane w celu rozpurchnięcia w ogrodzie, może coś z tego wyjdzie na wiosnę, bo młode purchawki się je:)






AKCJA "PUDEŁKO" - pudełko z przygotowanymi do wyrzucenia rzeczami, uzyskanymi po sprzątaniu jakiejś półki. Kilka GODZIN malowania po ścianach pudełka moimi starymi kosmetykami i zdechłymi farbami, po usunięciu z niego śmieciuchów ostrych itp.




I ja jeszcze w sprawie gender. Na zdjęciu zestaw przyborów do gotowania o wiele mówiącej nazwie handlowej: "Mała kucharka". Czy widać tu jakąś laskę, ja się pytam.

To jednak pikuś wobec serii różowych mopów, odkurzaczy i żelazek do zabawy w jednej z zabawkarskich sieciówek. Seria ma nazwę "Girls only" - mam zdjęcie tych cudów, ale uznałam je za zbyt drastyczne:)

Widziałam, jak chłopiec na placu zabaw zaczął pchać wózek z lalką koleżanki, co wywołało kpiny dorosłych. Na tekst "to ty nosisz spodnie czy nie" dzieciak obmacał spodnie, by sprawdzić, czy istnieją, popatrzył wymownie i nie odpowiedział na tak głupie pytanie. Zmroziło mnie - czy chłopcy tak wychowywani będą się zajmować własnym ewentualnym dzieckiem.

piątek, 30 października 2009

Różne święta

Refleksje nad różnymi świętami (rodzajami świąt) tradycyjnie przychodzą do mnie akurat teraz, w samej końcówce października.

Święta, o których nikt nie wie. W tym utajone święta cudzoziemskich sąsiadów.
Święta, które nie bardzo potrafię obchodzić.
Święta, które drapieżnie spadają z góry i każą się obchodzić, choć nikt tego tak naprawdę nie robi. (Tak kurde mówię o Halloween!)
Co zrobić, by przekonać najbliższą osobę do oczywistej prawdy, że warto mieć własne święta według własnego scenariusza.
Po co ludzie kupują tyle jedzenia na święta. Bo nie uwierzę, że wszyscy mają tabuny gości.
Święta-męczarnie na własne życzenie (nie, o tym nie myślę - wypieram fakt, że są tacy ludzie).
Święta-prezenty, niespodziewane zaproszenia, niespodziewane zagarnięcia w tłum szczęśliwych świętujących.
Jak by tu zostać we własnym domu na święta Bożego Narodzenia. Też mi ekstrawagancja! A nakaz wspólnego spędzania tych dni jest u nas bardzo silny, nigdy nie przestaje mnie to dziwić.

W tym roku mam super powód, by spędzić je jak mi się tylko spodoba, bo na Boże Narodzenie po prostu rodzę.



Zwykły wypad do miasta, jak ten powyższy, stał się problemem. Okropne uczucie po zawalonej pierwszy raz pracy. Boli jakby wszystko możliwe, przy czym wszystko jest OK. Proste i krótkie czynności wywołują nienaturalne zmęczenie. Choć chyba właśnie naturalne, bo ja wiem. No ostatnio tak nie było!

Przynajmniej pogoda sprzyja i cieszy, jak i życzliwość i pomoc w miejscach publicznych, kawa u fajnej sąsiadki, ostatnie, wiem, że zanikające, elementy planowania. Leniwe ruchy nowego, spokojnego człowieka, przeczuwanie w powietrzu śniegu - takie drobne, czy wielkie przyjemności.

Nie jestem człowiekiem specjalnie gnającym, ale aż takie zwolnienie mnie męczy.



sobota, 24 października 2009

Kolejna knajpa

Chciałabym pokazać knajpkę, w której ostatnio czuję się najlepiej. ("Szczypta świata", ścisłe centrum, Kazimierza Wielkiego między kościołem a przejściem dla pieszych, trzeba wejść w bramę.) Założyli ją, jak wynika z chwilowo nie otwierającej się strony:), studenci specjaliści od Trzeciego Świata. Dlaczego mi się podoba:
- obłędne kolory
- nie pali się!
- głębokie fotele
- luzik
- działalność pozaknajpiana (pokazy, np. wiązania chust na bobo; wystawy, np. fotografii; zbieranie podpisów, np. by nie wpuszczać cyrków do naszego pięknego miasta, ze wzgl. na zwierzęta traktowane jak zabawki)
- mało osób przychodzi - przynajmniej gdy ja jestem:)
- niedrogo i pysznie (kakao na ostro)

Można poczytać sobie spokojnie roczniki-sprawozdania Unicefu (bardzo pouczająca i zaskakująca lektura) albo o ruchu Fair Trade, albo podróżnicze książki.

Można kupić dziwne rzeczy do jedzenia i picia, pyszne, trudne do wyobrażenia sobie samemu, zachęcające do kombinowania w kuchni i do podróży, wszystkie pochodzące ze Sprawiedliwego Handlu. W sali zaś obok jest sklepik z: hadmade etniczną biżuterią z dalekich miejsc, hamakami z Meksyku, chustami, ciuchami, pachnącymi kadzidłami (nie kadzidełkami), figurkami, no jeszcze pewnie parę rzeczy pominęłam. Muzykę na przykład. Książki podróżnicze z autografem autora.



Cała SZAFA ze słojami z herbatą, do domu albo na miejscu, i jest też yerba mate, którą tam poznałam i uważam za bardzo słuszną rzecz, zwłaszcza na zimno.





Kolory "Szczypty Świata":

Jedyny minus to to, że w niedzielę otwarte dopiero od 16.00... z drugiej strony rozumiem, że trzeba się wyspać...

Żeby nie było, co do samego ruchu Fair Trade mam mieszane uczucia. Tzn. idea oczywiście OK, ale chyba czasem przeobraża się w jedną z tych fajnych rzeczy, które "wyszły jak zawsze". Mieszkając kilka lat za granicą mogłam obserwować jej popularność, u nas póki co nie do pojęcia, ale i porozmawiać z osobami biorącymi w niej udział "z drugiej strony", czyli podstawowymi producentami. I okazywało się, że chociaż owszem dostają oni swojego dolara zamiast pół, to cena końcowa produktu jest tak niewspółmiernie wysoka, że warto się zastanowić, kto jeszcze zarabia na naszym snobizmie/dobrej woli? Macie jakieś przemyślenia? Co by nie było, mam wrażenie, że moje są niekoniecznie aktualne na gruncie polskim i nie zniechęcają mnie do kupienia u nas czasem czegoś Fair Trade.

czwartek, 15 października 2009

Czekolada

Niedaleko jest sklep z Krecikiem:






Ponadto Holka - Polka poprosiła mnie o zdanie sprawy z pewnych kwestii:

4 miejsca, w których mieszkałam:
- Wrocłaaaaaaw!!!!!!
- Poznań
- Brno
- Amsterdam
4 miejsca, do których lubię wracać:
- Amsterdam
- mieszkania przyjaciół
- Wisła
- TU
4 ulubione potrawy:
- awokado
- gruszki
- krewetki na różne sposoby
- rosół teściowej (dodaje imbiru) i zresztą wszystko, co ugotuje:)
4 potrawy, których nie znoszę:
- por
- flaczki (choć szczerze mówiąc nigdy nie udało mi się skosztować...)
- zimna herbata
- za słodkościami też nie przepadam
4 pasje:
- dawny Wrocek i okolice, i dalsze okolice
- cisza
- morze + kawa i książka
- organizowanie życia tak, by mniej więcej kumać, o co chodzi
4 miejsca, które bym zwiedziła, gdybym miała taką możliwość:
- Islandia
- Petersburg Piotra I
- dużo, dużo statków, łodzi podwodnych...
- dużo skandynawskich przedszkoli i domów spokojnej starości (by zobaczyć, jak są zorganizowane)
4 seriale, programy, które lubię:
Od kilku lat nie oglądam telewizji i trudno mi przypomnieć sobie coś, na co naprawdę czekałam... W dzieciństwie czekało się porządnie! Na "Piątek z Pankracym", w każdy dzień tygodnia była inna bajka, a każda akceptowalna... Acha, jednym z ostatnich seriali był "Gotowe na wszystko", ale i to zależało głównie od doborowego towarzystwa przy tym oglądaniu... No naprawdę się odzwyczaiłam najwyraźniej.
4 miejsca pracy:
- ta sama szkoła językowa od 100 lat (aż strach pomyśleć, jak długo tam pracuję!)
- pewna bardzo szanowna instytucja
- pewna bardzo znana firma dekoratorsko-meblarska
- koszerna restauracja
4 rzeczy, które bym chciała zrobić, przeżyć:
- wyspać się
- rejs jakimś fajnym lodołamaczem
- poderwać XVII-wiecznego Szweda
- pozbyć się galopującego pedantyzmu
4 ulubione filmy:
- "Ziemia obiecana", ale pełna wersja; i w ogóle za każdym razem, gdy ten film oglądam, mam nadzieję, że Maks i Anka jakoś się dogadają i bardzo im kibicuję:)
- Wszystkie "Trzy kolory"
- "Wyspa" Pawła Łungina
- i mnóstwo innych, głównie klasyczniejsze polskie i te mniej ambitne - trudno by było wybrać jeden - ostatni
4 ulubionych wykonawców muzyki:
No tu będzie gorzej. W sprawach muzycznych na pierwszym miejscu jest u mnie Bach, potem długo długo nic, jak to mówią, a potem jakieś strzępki, których nie potrafię zidentyfikować i nazwać... Czy jest na sali psychiatra?

4 rzeczy, które robię po wejściu do internetu:
- blogi, poczta, zawodowe sprawy
- sprawdzam lokalne możliwości spędzenia czasu
- ostrożnie zaglądam w newsy:)
- jak jest czas, szukam :) inspiracji i informacji.

Chętnie przy pomocy tej wesołej ankiety poznałabym bliżej Globalistkę, Drugą Szesnaście i Meanwhile:)

...a strasznie dawno temu Anna (którą bardzo serdecznie pozdrawiam) zaprosiła mnie w ramach Blog Day 2009 do pokazania gościom tego miejsca 5 blogów, na których bywam. Powinny nie być związane z tutejszym tematem, pokazywać inną działalność, kulturę... Żeby odwiedzający mogli sobie pochodzić po różnych rzeczach. Idea bardzo mi się podoba! Ale jako że Blog Day minął, poproszę Was o pokazanie swoich inności w przyszłym roku...

Moje zaś typy to:

Is that my buréka?
- pogłębione o analizę kulturową przepisy, i mnóstwo linków do podobnych, "kulinarnie głębszych" stron z różnych części świata. Przepisy trzymają się, niezobowiązująco ale jednak, zasad koszernego gotowania, co niestety oznacza kurde brak krewetek:)
Notki liberalnego kalwina - politycznie, społecznie, religijnie. Mam zaszczty znać w realu:)
The visual dictionary - nic dodać, nic ująć - trzeba zajrzeć, nie podejmuję się opisania tego tyleż powalonego, co miłego dla oka projektu:)






piątek, 2 października 2009

Wypożyczalnia powozów - brama naprzeciw

POMYLIŁAM SIĘ, moi drodzy, i puściłam w świat wiadomość, że obfotografowane przez mnie cudo to wypożyczalnia powozów! Otóż nie! Wypożyczalnia i wytwórnia mieściły się naprzeciw, w podwórzu znanej bramy z naturalnej wielkości końskimi głowami po obu stronach, a tu było coś całkiem innego (cytat za Spacerownikiem GW):

"W sąsiedztwie, pod numerem 102-104, wznosi się dawna kamienica Schirdewanów. Przechodzimy przez sień kamienicy nr 102. Wychodzimy na duże podwórko. To miejsce z legendą. Mieściła się tu wytwórnia wódek Carla Schirdewana. Od strony Traugutta pięciokondygnacyjna kamienica z przełomu XIX i XX wieku, a z tyłu budynki produkcyjne, stajnie i wozownie zamknięte w czworobok. Nie zabrakło nawet ładnie utrzymanego ogrodu. Schirdewanowie produkowali znane w całych Niemczech likiery: Mondura, Rettib, Kumbucca. Jak w "Roczniku Wrocławskim" (nr 7) napisała Agata Orzeł, nie ustępowały w smaku droższym likierom francuskim. Podobno można to sprawdzić na własnych kubkach smakowych, bo okoliczni mieszkańcy twierdzą, że na terenie posesji Schirdewanów ciągną się podziemne magazyny pełne alkoholu. Od prawie 60 lat czekają na wrocławskiego Indianę Jonesa."

Przy okazji, Paulo, masz teraz dokładny adres:)

Kiedyś wyglądało to tak (na zdjęciu z początku lat 20-tych, na obrazie nieznanego malarza i z osobami związanymi z wrocławskim stacjonarnym cyrkiem Buscha, budynek cyrku już nie istnieje):




(Powyższe zdjęcia pochodzą z niezrównanej strony Vratislaviae Amici)

Zabudowania firmy trwają jeszcze w podwórzu jednej z bram przy ul. obecnie Traugutta. Nie można do nich wejść, grożą zawaleniem i pomieszczenia na piętrze mają zamurowane wejścia i okna. Gdy byłam dzieckiem, coś tam się chyba na piętrze mieściło.

Zatrzymane zegary, to takie pompatyczne, niemniej ich widok zawsze mnie porusza.



Po tych schodach ze 20 lat temu właziłam z babcią do pralni chemicznej. Każda taka wyprawa to było coś, przygoda, buszowanie. Pralnia chemiczna zachwycająco śmierdziała. Był tam też magiel, woziliśmy do niego pościel i obrusy pozwijane w wielkie bele. Kto teraz tak robi? Ja nie prasuję niczego, a już na pewno nie pościel...




Metalowe schodki poszły w rozsypywaniu się o krok dalej:



Bruk i wyjazd z bramy są mocno wyklepane kopytami...

A poza tym zimno się zrobiło. Wietrznie.

sobota, 26 września 2009

Tym razem fusion miasta i wsi

Wrocław jest zbudowany na planie kleksa, więc jak ktoś mieszka przy kleksowym wgłębieniu, ma parę kroków i już jest tablica "koniec miasta" albo przynajmniej zamiejskie klimaty. Zdjęcia poniżej są wykonane po 10 min. jazdy autobusem z centrum. Jest to stadnina przy ul. Na Grobli; kilka razy za moich czasów zmieniała właściciela, a teraz rządzi tam miła pani i w ogóle ilekroć tam zaglądam, jest jakiś zjazd babek czy coś - same amazonki bawiące się świetnie w swoim towarzystwie i rozpieszczające konie. Moim zdaniem super alternatywa dla swap party, baby shower itp. damskich imprez.

...zresztą nie mam nnic przeciwko swap party, sama pewnie kiedyś zorganizuję...




Element miejski - grafitti:)

...w Rynku natomiast tego samego dnia było tak:

Kot wisiorek pośrodku jest mój. Tzn. dla mamy, ale póki co nie musi ona o tym wiedzieć.

Moża przynieść makulaturę i inne śmieci i wymienić je na bilety do kina, opery... A my mamy BARDZO DUŻO makulatury!!!!!!

...czyżby to była pani szyjąca TE Alelale?!!! Dopiero w domu zauważyłam charakterystycznego kota w koszu:

Miałam też okazję porozmawiać z Tatianą, która przyjechała pokazać swoje obłędne soroczki i inne, całkiem współczesne elementy garderoby ozdobione tradycyjnym ukraińskim haftem. Zapraszam serdecznie na jej blog - też na blogspocie! - jest na nim m. in. relacja ze zrealizowania b. sympatycznego pomysłu, by na weselu panna młoda wyszyła inicjały męża i odwrotnie, przeszkolenie na miejscu przez Tatianę; ma to niejako być ich pierwsze wspólne przedsięwzięcie.

Tatiana robi niezłe fusion - pokazała mi więcej zdjęć niż jest na blogu, m. in. jej syna studiującego w Szkocji, wystrojonego w kilt z całym rynsztunkiem plus krawat z maminym, ukraińskim haftem. Skomponowało się to idealnie.

Jedno wielkie fusion przez cały dzień. Umysł mi się przewietrzył.

czwartek, 3 września 2009

45 minut spokoju i bonus w postaci ciastek



Tylne łapki są zielone, bo robiliśmy pisanki. Poza tym wszystko w porządku.