wtorek, 15 lipca 2008

Co robiliśmy

Wieczorem w dzień finału byliśmy akurat na Rynku i napatoczyliśmy się na świetny pomysł jednej z knajp. Podzielili ogródek na dwie części, powiesili flagi i kibicujemy. Część hiszpańska była znacznie liczniejsza, ale nie kibicowała zbytnio, raczej sączyła napoje i z pełnym pogardy pozornym dystansem obserwowała niedbale sytuację. Część neimiecka była za to bardzo profesjonalnie przygotowana:


Na początku myślałam, że to niemieccy turyści, ale nie! Otóż nie! Może jakiś jeden dziadek zagubiony, a tak to miłośnicy drużyny po prostu.

I o ile do tego momentu nie obchodziły mnie mistrzostwa w ogóle, wręcz bluźnierczo chciałam, by "nasi" szybciej odpadli, bo będzie mniej wycia w miejscach publicznych, durnowatych reklam i lecących butelek z okien (tak było), to teraz jakby zrozumiałam, o co kibicującym chodzi. Chyba. Więc może jakby o taką stadną, bezpieczną wspólnotę - POZORNĄ, bo niby co wygrana lub przegrana w relacjach między kibicującymi zmieni - ale pierwotnie, plemiennie przyjemną. No i te miłe, nagłe podwyższenia adrenaliny, które znałam dotąd np. z tropienia jakiegoś rozwiązania lub słowa w słowniku, i nagle jest ono osaczone, na pewno będzie między tą a tą stroną, tym a tym googlnięciem... Teraz tylko dopaść i upolować... Znaczy się atawizm. No fajnie, nie powiem.

A teraz chwalę sie dzidziusiem, chwalę się, chwalę, a co, patrzcie wszyscy, jaki jest piękny! Zaraz za kibicami stała skrzypaczka, jak na moje oko góra pierwszy rok studiów, a dzidziuś pierwszy raz widział muzykę na żywo i skamieniał. Spojrzenie melomana-fachowca.


A mecz nie skończył się po mojej myśli. Łe, to nic.