Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gadam do siebie / Talking to myself. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gadam do siebie / Talking to myself. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2009

Cisza na Sępolnie

Pierwszy raz w życiu wzięło mnie na obchody. Przypomniałam sobie o wpół do dwunastej, gdy jakieś urządzenie wykonało serię odgłosów kilka razy po 3. Byłam pewna, że to maszyna do robót drogowych, ale uświadomiono mnie, że to z okazji rocznicy wybuchu.

To może lepiej już nie wyć wcale, niż tak. Nie rozumiem też wyboru godziny.

Poczułam dziwną i nagłą potrzebę wykonania makijażu i w ogóle opanowania wyglądu przed dwunastą.

Wyszłam na spacer.

Prawie zupełna cisza w mojej pięknej, nowej dzielnicy. I propozycja najłagodniejszego możliwego przejścia do jesieni. Pół na pół upału i ochłody, w powietrzu wisi pytanie: nie masz nic przeciwko, że będziemy pomału wyciszać to kiczowate lato? Pojedyncze stadka uczniów omawiają plan lekcji. Puste ulice.





...okropnie głupio, że to wszystko się stało, no nie?...

Personalno-breslauerskie obchody skupiły mi się na myśli, że jest mi potwornie wstyd za tych wszystkich ludzi, i nie muszę chyba mówić, że niezależnie od narodowości i armii - daleko mi do idei odpowiedzialności zbiorowej, ale jakoś poczułam zbiorowość z powodu bycia człowiekiem jak ci wszyscy, wszyscy ludzie, wyrwani ze swoich światów i zmuszeni, skłonieni, zachęceni do zabijania, uciekania, tej całej dziwnej, nienaturalnej sytuacji. Indoktrynowani, indoktrynujący, bezmyślnie powtarzający slogany, mszczący się -

- jestem potwornie wdzięczna, ba, zachwycona, że przypadek sprawił, że nie muszę w tym brać udziału; nie mam zamiaru dotknąć nawet myślą akademickiego problemu, jak bym się wtedy zachowywała. W miejscu i czasie, w którym jestem, mogę jeść marcepanowego rogalika i w ciszy patrzeć na piękną architekturę. Jakie to jest złudne, tymczasowe, chwiejne i wartościowe.

I najgorsze, że to nie koniec. Może znacie stronę:
www.refugee.pl

(Warto zwrócić uwagę na zakładkę "historie uchodźców". I może jakiś pomysł przyjdzie komuś do głowy. Pod Wrocławiem jest jeden z obozów przejściowych.)

czwartek, 13 sierpnia 2009

Hej, to ja

Jestem po drugiej stronie Odry. Nowy dom miał poprzednich mieszkańców, a ci utrzymywali go w stylu bardziej shabby niż chic. Mnóstwo naturalnych przecierek i PRL - owskiego vintege'u, ale nie takiego, jak myślicie i miło kojarzycie, tylko jakby się mieszkało w ówczesnym szpitalu czy jakiejś odjechanej instytucji.

Żeby nie było, bardzo się cieszę.
Domestos lał się strumieniami.
Teraz jestem w 3/4 etapu feszn, stajl i dizajn co jest znacznie milsze niż poprzednia faza (odgruzowywanie na czas).


Zapewne nie jest to moje ostatnie przeprowadzkowe słowo i jeszcze co najmniej jedna w obrębie tego samego miasta mnie czeka. Do poniemieckiej willi z klimatyzacją i wyciszonymi oknami, ogrodnikiem bo nie lubię grzebać się w ziemi, ale posiedzieć na trawie mogę, i oczywiście z pamiętnikiem przedwojennych właścicieli opisującym dogłębnie a nudno dzień po dniu, który to pamiętnik napisany wyraźnym i dużym charakterem pisma i bez szaleństw słowotwórczych czeka na mnie nietknięty i niezbyt zatęchły pod parapetem. Gdzieś ten domek jest i tak sobie tylko leżakuje dla mnie.

Zalety nowego miejsca to: CISZA, brak kup, brak panów i nie tylko, których trzeba wymijać slalomem, brak lecących z okien butelek po przegranym przez "naszych" meczu; zieleń, parki, całe lasy parków, zagłębie parkowe. Spieszyłam się z remontem, by jeszcze zdążyć zrobić moje ulubione, monochromatyczne bukiety z tego i owego, ale wszystko, co bardzo chciałam, przekwitło (ależ powiało od tego zdania przemijaniem!).

Jak się bywalcy i koneserzy Wrocławia domyślają, mieszkałam na Trójkącie, a teraz na prestiżowym Sępolnie. Bossssssska dzielnica. Trójkąt (Bermudzki), bo podobno znikały tam kiedyś całe radiowozy! Raj dla etnografa, ale po dwóch latach nieetnograf może mieć dość. Sępolno zaś jest ułożone w kształcie orła, obok którego jest pełno autorskich willi, pokręconych i ogromnych, nieomal niezniszczonych*, skłaniających do snucia wątków, do zaglądania przez płot w odległy świat jak Bruno Szulc, nurkowania w ogrodach, opuszczonych (?) działkach. Detale na każdym kroku przypominają o pięknych (estetycznie) przedwojennych czasach, gdy męska moda nie pozwalała, by przy byle upale było się narażonym na obleśny widok półgołych panów w bermudach czy coś.

Oczywiście dzielnica ma swoje ciemne strony - o jednej niebawem, jak się tylko zbiorę w sobie, by się tam zapuścić... a kusi, i to konkretną korzyścią materialną, ale i straszno...:)

Nie spodziewałam się, że ktoś tu jeszcze czeka na moje doniesienia, ale kilka mejli świadczy o tym, że tak! Bardzo dziękuję za pamięć i jakieś chyba najwyraźniej elementy sympatii! Potłumaczę się więc, że nie spotkało mnie nic złego. Przede wszystkim nastąpiła chodząca po ludziach przerwa w przyjemności z blogowania, no i ten remont mnie wykończył...

*dlaczego niezniszczonych można sobie poczytać np. TU i dalej... serdecznie polecam.

piątek, 6 marca 2009

8. marca

Biuro Wystaw Artystycznych (zwane ogólnie BeWuA) na ul. Wita Stwosza narzuca się zazwyczaj przechodniom różnymi makabreskami, a trudno tamtędy nie przechodzić, bo to jeden ze sposobów dostania się do Rynku. Jeśli nie są to akurat makabreski, to prace dyplomowe, które - przepraszam osoby się na tym znające - wykonałabym w góra dwa wieczory, i to z pomocą dzidziusia. Schlag mnie czasem trafia, jak tamtędy sobie idę. Ale czasami zdarzają się i fajne rzeczy.

Teraz np. są takie dwa zdjęcia (ale w odwrotnej niż tu kolejności):



Trzy dziewczyny zmęczone, bez makijażu, jakieś takie codzienne, bardzo autentyczne. Potem te same "zrobione".
Nie żebym coś ze współczesnej sztuki kumała, ale skłoniło mnie to do ujętej w punkty refleksji: 1) które są "prawdziwe"? Jedne i drugie? 2) rzeczywistość i marzenie? 3) które są piękniejsze? dlaczego pomyślałam, że któreś mają być piękniejsze? 4) tydzień i piątek wieczorem?

Część widoczna dla przechodniów to tylko fragment wystawy, której autorkami są:

Nie wiem, która z artystek jest autorką tej właśnie pracy.

W Galerii Dominikańskiej, która jest tuż obok, rozdawali prezenty kosmetykowe. Scena, piszczące głośniki, stanowiska, przy których robiono paniom makijaże. Widok wizażystek wmasowujących dłonią dłuuuugo podkład w czyjąś twarz, a potem te pędzle, które omiotły już setki twarzy - trochę powiało mi zgrozą. Nie chciałabym, żeby obca baba dotykała mnie po twarzy, o ile nie jest lekarzem czy coś.

Co mi nie przeszkodziło wygrać prezencik - na zdjęciu już, jak widać, rozszarpany - sporo tam tego było, nie tylko to:

Łe, wolałabym moją drogą Helenkę Rubinstein... ;)

Mój kolega-psychiatra stwierdził niegdyś ponad wątpliwość, że mam męski umysł... Faktycznie, bardzo głupio się czuję wcierając w siebie rano różne pigmenty.
Ale z nimi na mordce lepiej wyglądam.
No to wcieram:)

A tu bilans bycia kobietą (po kilku głębszych kawach):
MINUSY:
- zazdroszczę mężczyznom kondycji fizycznej, czy może po prostu siły; wydaje mi się, że nawet sobie nie wyobrażają, jak to jest NIE MÓC czegoś podnieść, przenieść... zazdroszczę wnoszenia ciężkich mebli, że mogą gdzieś dobiec, podciągnąć się, przeskoczyć przez mur, przytrzymując się od niechcenia jedną ręką.
PLUSY:
-można mieć makijaż, który schowa zmęczenie, niewyspanie, ślęczenie;
-można nosić woalkę, oczywiście nie na co dzień, ale np. na pogrzebie. Gdyby umarł mi ktoś bliski, na pewno skorzystałabym z tej możliwości i ubrała się w gęsty, przenośny parawan - mężczyzna musi niestety na oczach wszystkich walczyć z własną twarzą;
-można być w ciąży i urodzić dziecko - o ile nie ma żadnych problemów zewnętrznych i wewnętrznych ciąża jest moim zdaniem b. fajna, i trochę mi przykro, że bliskich mi panów to nie spotka;
-łatwiej się ubrać. Kobieta owinie się w byle szmatę i już wygląda dobrze.
- dobra idę poczytać.

Życzę wszystkim Czytelniczkom dużo, dużo prawdziwego szczęścia. Czytelnikom też.

sobota, 31 stycznia 2009

Niedziela i dni powszednie

Co do powszednich - przedstawiam mój doktorat, który się ślimaczy -


...na zdjęciu wyraźnie widać światełko w tunelu - może to być jednak wrażenie mylące.

Co jeszcze o powszednich... Od niedawna przychodzi na lekcje dziewczynka z trzeciej klasy. Miałyśmy omówić "Dzieci z Bullerbyn". Uczennica moja mała poruszyła SAMA: 1)problem plagiatu w literaturze, 2)zauważyła, że każdy autor miał inne życie i pisze książki przez pryzmat swojego, dlatego są one różne, 3) niektóre przygody mogą być z życia Astrid, inne pewnie zmyślone. Tymczasem pani w szkole oczekuje od niej raczej odpowiedzi na pytania typu: komu Lasse przypiął karteczkę, jak się nazywa siostra Ollego... uch.

Dni, w które nie przychodzi opiekunka, mają paradoksalnie wiele cech święta - nie łudząc się, że cokolwiek zrobię, nie robię nic! ;) Najważniejszym przedmiotem w domu staje się zasuwka u drzwi. Osoby mile widziane mają klucz lub telefon, reszta niech znika...:) A my sobie robimy, co chcemy - nikt nie wie, że jemy miód ze słoika w łóżku itp. Niektórzy piją sobie samo mleczko, inni kawę z mleczkiem...

To nasza zabawa w zawieję:


W słoiku mamy styropian, bierze się go w ręce jak płatuszki czegoś tam na reklamach i dmucha - kulki wyfruwają, lekko elektryzują i przyklejają się do mebli, między sobą też się jakby szukają, co świetnie imituje zachowanie prawdziwego śniegu. Tworzą się zawirowania, roztańczone opadania - zabawa zdecydowanie do pomieszczeń, które łatwo zamieść. Stąd sianko w zawiei - było na podłodze (króliki...) i się zamiotło.

Ja się pytam, PO CO ludzie kupują drogie tzw. zabawki edukacyjne.

W takie dni szalenie damska moja torebka wygląda tak:

Jeśli idziemy "na miasto", mały zjada piankę, duża ma kawę...


A jeszcze w dni powszednie wciąga mnie nowe tłumaczenie - szalone, piękne, wręcz uwodzicielskie tłumaczenie, do tego bardzo ekstrawaganckie, bo z polskiego na nasze - z siedemnastowiecznego polskiego... pochwalę się, że zostałam pochwalona... serce mi się uśmiechnęło pełną gębą i tak już mu głupkowato zostało póki co - słowa uznania, i to od nie byle kogo, are the girl's best friend...:)

Nie narzekam - za bardzo - na swoją codzienność. Tzn. narzekam za bardzo, ale wiem, że jest kolorowa, tylko czasem tego nie widzę;)

Niedziele moje mają szczęście - są oczekiwane, piękne i ciche. Ostatnio temperatury w niedziele są ujemne a miasto wesoło zabłocone i wyludnione jak we śnie. Jak żałuję, że nie miałam dziś rano aparatu! Wszystkie ulice jak na dłoni...

Uroki Dzielnicy Czterech Świątyń - grzeję się w kawiarni i czekam na koleżankę; ona kończy chwalić Pana 45 min. później niż ja. Z gazetką i resztą jest jednak tak dobrze, że zawsze mam nadzieję, że będzie się troszkę grzebała...

piątek, 19 grudnia 2008

Ostatni tydzień adwentu

Pomijając aspekt religijny, chciałabym, aby już było po wszystkim. Za długo trwa i za męczący jest entuzjazm, absurdalne wydaje się odhaczanie, komu już się posłało kartkę, a kartki bez szybkiego pingponga irytują, choć przyszły z najlepszymi słowami.


Najchętniej poszłabym spać, zbudziła sie tylko, aby pójść do kościoła, a potem znowu zasnęła do późnej wiosny (tak, by sezon przeziębieniowy wczesnej mieć za sobą).


Czekam na premierę filmu "Buddenbrooks" (niezły zresztą termin!), właściwie nie tyle na nią jako taką, ale premiera umożliwi dotarcie filmu do nas. To najlepsza powieść, jaką czytałam, przebija u mnie nawet "Ziemię obiecaną". Najbardziej mnie powala kunsztownie pokazany upływ czasu, bohaterowie starzeją się równiutko względem siebie (to nieczęsto spotykane), ze swoimi dziwactwami, poglądami, szczegółowym wyglądem, zdrowiem. Thomas Mann musiał to chyba sobie rozrysować na papierze milimetrowym. Lubię wszystkich bohaterów, z każdym chciałabym bardzo pójść na kawę! Nobel za coś, co się zrobiło w wieku 25 lat... Mam nadzieję, że autorzy filmu nie sknocą sprawy... Na zajawce w linku widać kultową scenę gradu, mojego ulubieńca Hanno... no zobaczymy!

Więcej głębii nie wyciągnę z tego zdjęcia, bo ktoś się domaga czekoladki (którą już nadgryzł, co tylko powiększyło metaforyczność przekazu:) i aparatu jednocześnie i mnie trąca.

Za link do strony filmu serdecznie dziękuję Annie, którą pozdrawiam.

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Wezwanie do kardiologa:)

Dziękuję za nie Olli!

Zasady wyróżniania są takie:
-wyróżnienie powstało u Yoasi (którą najserdeczniej pozdrawiam)
-można je nadać od 1 do 7 osób
-należy zostawić wiadomość u osób wyróżnionych na blogu
-osoby wyróżnione proszone są odpowiedzenie na trzy pytania:

Rozczaruję Was.

Twoja pierwsza miłość
: nie wiem. Nikt mi nie przychodzi do głowy. Pamiętam tłumy podstawówkowych adoratorów, ale nie da rady komukolwiek przyznać tego zaszczytnego tytułu. Uporczywie szukam dalej, i nic. Czy liczą się postaci historyczne (barokowe)? Łe, chyba nie.
Coś,co sprawiło,że zamarło Ci serce : dużo by pisać, głównie widoki budynków:) Oczywiście nie takich sobie, tylko związanych z jakąś treścią... ale to za osobiste! Powiem natomiast: osaczanie informacji. Jak wiem na pewno, że słowo, którego szukam, jest w słowniku między tą i tą kartką, tylko je otworzyć i dopaść... jak wiem, że to będzie ten klik w google. Gdy temat jest jednym z moich maniackich, trzeba czasem wyprostować się i wziąć parę oddechów by uspokoić roztrzepotane serducho.
Przedmioty bliskie sercu : też trudne pytanie. Mogłabym wymienić oczywiście związane z historią mojej rodziny czy miasta. Ale trudno coś od razu - bach, to jest to! Prawie w ogóle nie przywiązuję się do przedmiotów, podczas porządków bez pardonu - czasem z lekkim ukłuciem pod żeberkami - ale wyrzucam. Zbitą ulubioną filiżankę zastępuję inną. Jedyny przedmiot, którego brak bym odczuła to - musiałam nad tym chwilę pomyśleć - moje zimowe buty, nieprzemakalne w ogóle, w góry, ale chodzę i po mieście, drogie były, cieplusieńkie i wygodne jak kapcie... mam któryś rok... można w nich iść naprawdę szybko i bezpiecznie!|Bez nich skazana byłabym na obcasiki, też miłe, ale nie dają takiego poczucia komfortu i śmigania!

No nie było to zbyt romantyczne, wiem.

Nagrodę oddaję Olli i Yoasi - serducho u nich jest wyraźnie obecne!

poniedziałek, 8 grudnia 2008

Wrocławskie kawy :)

Moje tu pisanie zostało wyróżnione przez Globalistkę, Paulę i Joannę. Dostałam - podtrójnie! - nagrodę "I love your blog", co zaskoczyło mnie i mocno wzruszyło i jest oczywistą mobilizacją do windowania poziomu:) Dziękuję Wam z całego serca:))

Natomiast Anne zaprosiła mnie na chwilkę zwierzeń. Do tego najlepiej nadają się kawy, więc wygadam się przy kilku głębszych, z lokalnych lokali...

...Gdzieś na ul. Włodkowica...

1) Nie robię bałaganu. Jakoś tak mi głupio, bo ogromna większość pisze, że zwłaszcza przy różnych rękodziełach robi... Ja zaś mam wszystko wtedy na stole poukładane pod kątem prostym, owszem sypię ścinki na podłogę, ale by łatwo pozmiatać... I nie potrafię pracować, gdy jest bałagan, a co gorsze gdy jest niepozmywane, a zlew musi być wytarty (tak, wiem) i kran ustawiony pod kątem prostym. I boję się, co to będzie na emeryturze. Z marnym skutkiem z tym walczę.

2) Jedną z moich ulubionych rozrywek jest jazda samochodem - na miejscu pasażera - przez dolnośląskie wsie, o zabudowie wzdłuż drogi; musi być kubek kawy w ręku, muzyka, prędkość niewygórowana, by zauważać szczegóły, pogoda najlepiej polska złota, ale może być każda inna... potem postój w dowolnej wsi i kawa (znowu) w dowolnym barze. Więc rozrywka niezbyt zdrowa. Podczas jazdy wyrażam zachwyt śpiewając sobie albo cały czas milcząc z błogim uśmiechem na gębie. Nie każdy kierowca to wytrzymuje, ale mam jednego takiego, co mnie rozumie:) Znam już na pamięć kilka tras, z dziurami w oborach, widoami za zakrętem itp.


...Wedel w Pasażu Grunwaldzkim...

3) Potrafię przez kilka dni nie wychodzić z domu i tylko siedzieć, czytać, pisać i jeść:)

4) Najłatwiej mnie poderwać, jak się jest niemieckim native speaker'em i próbuje się mówić po polsku... jak np. Steffen Moeller czy Benedykt XVI... oczywiście oni są poza zasięgiem, ale gdy na byłej granicy celnik mówił do mnie "paasphorrt poprhoshę", to kolana się pode mną zawsze uginały i się głupio cieszyłam, aż dziw, że mnie nigdy nie poprosili zjechać na lewy pas...:)

5) Nie bardzo wierzę w podział zajęć na męskie i damskie, no chyba że wymagają użycia siły lub chodzi o zdrowie przyszłego dziecka typu stacja benzynowa oczywiście, i będę uczyć synka gotować, dziergać, się ubrać, podać ładnie do stołu... jeśli tylko będzie chciał. W każdym razie zaproponuję. A przy okazji sama nauczę się "męskich" rzeczy jak naprawa roweru i sprzętu elektrycznego, gdy on się będzie tego uczył od np. taty, bo brak mi tej wiedzy i stąd myśl o "dwutorowej" edukacji:)

6) Choć najlepiej czuję sie w minimalistycznych wnętrzach (nawet super minimalistycznych) i w szaro-czarno-białych ciuchach (jakkolwiek intensywne jakieś kolory też w nie zależnie od nastroju wpuszczam), to marzę czasem o kiczowatych bibelotach i wyjściu na miasto w krynolinie takiej, by się w drzwi autobusu nie mieściła! I w peruce z epoki do niej! I o Petersburgu z XVIII wieku z jego przepychem, strojami-sobolami, balami i multi-kulti.

7) Co by tu na koniec dodać. Że wierzę jak najbardziej (i praktykuję) w przyjaźń damsko-męską? Że nie cierpię rajtek i nie mam telewizora?
Pozdrawiam ciepło:)

...u mnie:)...


sobota, 15 listopada 2008

Miłej zabawy

Podaję przepis na ciasteczka cebulowe:

60 dkg mąki



Dwie łyżki maku i jedna łyżeczka octu

Dwa żółtka

Wkroić do tego 25 dkg margaryny

...i wrzucić ze trzy duże cebule potraktowane wcześniej blenderem (kto by dzisiaj tarł cebule) i konkretnie osolone, najlepiej solą gruboziarnistą.
Wszystko wyrobić, cienko - na mniej niż pół cm - rozwałkować i powykrawać kieliszkiem kółeczka, umieścić na blasze z folią posmarowaną tłuszczem, wstawić do gorącego piekarnika. I tyle.

piątek, 31 października 2008

czwartek, 23 października 2008

Ankieta czytelnicza krąży po blogach

Zaprosiła mnie do zabawy Globalistka, której serdecznie dziękuję; również za to, że dzięki prześledzeniu ciągu ankietowanych osób znalazłam kilka ciekawych dla mnie informacji i blogów o książkach.
No to teraz do tablicy:
1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
"Najchętniej" nie jest dobrym słowem; wtedy, kiedy dzidziuś pozwoli - najczęściej rano (bardzo!) lub wieczorem, lub przez ramię podczas karmienia dz.
2. Gdzie czytasz?
W kuchni, w kawiarniach, w kąciku kanapy:)
3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
Nie czytam w łóżku, bo po kwadransie już mnie nie ma. I w ogóle to niedzisiejszo uważam, że łóżko służy do spania i nie nadużywam go w ciągu dnia:)
4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Wspomnieniowe, biograficzne - ale takie, żeby opis życia bohatera był tylko pretekstem do przedstawienia jego epoki i otoczenia; naukowe ze swojej działki; słowniki (tak!); dotyczące w jakiś sposób pogranicza kulturowego (tu loty mogą być nawet niskie, wyławiam, co mi potrzebne)
5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?


7. Co czytasz aktualnie?




Na okrągło, okrągło, okrągło, okrągło... ;)))))
A poważnie to opowiadania Thomasa Manna, po raz tysięczny chyba.
8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Kiedyś zaginałam rogi, od dawna nie robię tego i zakładam czym się da: żółtymi karteczkami, listami, rachunkami, zdjęciem (miło otem otworzyć)... Jakoś dorastam dopiero do chęci posiadania prawdziwych zakładek, póki co jeszcze wydają mi się one zbędne, ale myśl wręcz przeciwna delikatnie się dobija...
9. Co sądzisz o książkach do słuchania?
Dobrze, że są, m. in. ze względu na osoby niedowidzące. Też z innych powodów - po prostu dobrze, żeby różnorodność była, dobrze jest mieć wybór. Dobrze, że w dzisiejszym obrazkowym świecie ktoś jest nastawiony na słuchanie. Sama nie korzystam. Warto też pamiętać, że oprócz autora i ewentualnie tłumacza myśl przetwarza nam dodatkowa, trzecia osoba - lektor, i chyba wybija się na pierwszy plan. Nie wiem, czy to ma znaczenie.
10. Co sądzisz o ebookach?
Drukuję:) A poza tym korzystam tylko z takich ze sprawdzonych źródeł, np. Project Gutenberg, bo mam obsesję ŹRÓDŁA i węszę spisek, że ktoś coś tam pozmieniał... przy tym wiem, że nie:)

Teraz mogę zaprosić 2 osoby do odpowiedzi na te pytania. Królewno, Nirshya.dwbh - macie ochotę?

niedziela, 28 września 2008

Nasza wesoła bimbrownia



Obrazki pewnej leniwej niedzieli.
Jak ja kocham poniemieckie wille, i też ogrody, ich pokręcone, stare drzewa. Niektóre sypią owocami, czas ich póki co nie dotyczy, inne starają się, ale pomalutku gasną.

piątek, 15 sierpnia 2008

Dzisiejsze święto

...i wcale nie mam na myśli tego kościelnego.
Włączyłam telewizor.
Tyle sprzętu do zabijania to jednak dla mnie za dużo jak na jeden raz. Jeszcze ładnie posegregowany, malowniczo poukładany i z podkładem muzycznym.

Pozdrawiam plakatem P. Młodożeńca:


niedziela, 29 czerwca 2008

...

Siedzę sobie w wannie i słyszę jakiś rumor na niebie. Burza to nie może być, bo nie czułam zmiany ciśnienia, a łazienka nie stała się odizolowana od reszty, więc muszą to być SZTUCZNE OGNIE. I faktycznie. Rąbie, a pora tak przed północą.

Jakiś czas temu moje miasto urządzało pokazy sztucznych ogni raz na tydzień. Uważam to za wielkie marnotrawstwo. Już lepiej dajcie mi promil tych pieniędzy, kupię sobie słownik Icelandic-English normalnie i będzie z tego pożytek. Dochodzą jeszcze pokazy prywatne (śluby), no cóż, co kto lubi, często jednym słowem rąbie, a ja mam niemiłe skojarzenia z wojną i bombardowaniem. Szyby się trzęsą, widać tylko łunę, fale powietrza czuć wyraźnie. Jeszcze w scenerii mojej dzielnicy to w ogóle.

Raz byłam przypadkowo w Rynku podczas takiej imprezy - skojarzenia stają się jeszcze bardziej oczywiste.

Paskudne. Idę spać, bo mi zimno.